Dodano: 31 Sty 2018, Autor: Admin

Rowerowa przygoda w Himalajach

Relacja z wyprawy rowerowej MTBacademy szlakiem Annapurna Circuit, do przełęczy Thorong La (5416 m n.p.m.) i jeziora Tilicho (4920 m n.p.m.).

Himalaje na Żarze

Nasza przygoda z Nepalem rozpoczyna się w Beskidzie Małym, podczas spotkania integracyjnego, w domku na zboczu Góry Żar, w gościnie u Tomka, który Annapurnę objechał już nie raz, nie dwa. Żar… leje się z nieba. Mocny początek! Trochę rowerowania, trochę luzu – w różnych proporcjach. I nie wiadomo, co bardziej męczy – rowerowanie, czy luzowanie…?

Po raz drugi spotykamy się już na Okęciu. Skoro mamy przez wiele dni wozić tyłki na siodełkach po szlakach dość wyboistych, to przynajmniej jeżeli chodzi o podróż do Nepalu – wozimy się komfortowo. Dobre warunki, jedzenie, napitki… A co najważniejsze – nasze rowery, upchane zgrabnie do kartonów razem z bagażami, są dobrze traktowane.

Pełen odlot

Lecimy. Przesiadka w Doha. Zamiast czekać na lotnisku, można wyrwać się do miasta. Choć na lotnisku, które jest małe jak… małe miasto – też jest przyjemnie. Surrealistyczne place zabaw, pociągi elektryczne sunące estakadą pod dachem. Za petrodolary można zaszaleć…

Zgrupowanie na lotnisku w Doha.

Qatar Airways oferuje dla swoich klientów zorganizowane wycieczki z przewodnikiem. Ostatnim razem był nim… Nepalczyk. Panorama Doha z imponującym grzbietem wieżowców, centrum kulturalne, najstarszy arabski market w mieście – warto się wybrać, pozwiedzać, potargować.

Część ekipy odsypia „trudy lotu”, część bierze taksę i rusza do miasta. A potem wszyscy na pokład i zapadamy się w fotelach.

Orzeł wylądował, orzeł wylądował…

Katmandu! Z lotniska odbiera nas personel hostelu, w którym znajduje się nasza baza wypadowa, na czele z jednym z właścicieli – Ozytem. Tam zostawiamy kartony i rzeczy, które potrzebujemy tylko na przelot. Ostatnia selekcja i… zakupy – już następnego dnia na stanie jest kilka dużych siat z pamiątkami.

Z Katmandu wraca się nie tylko ze wspomnieniami, ale i całą masą pamiątek.

Ola wyrasta na mistrzynię targowania się. W czasie dnia wolnego w Katmandu zdobywamy pierwszy szczyt – wzgórze najstarszej buddyjskiej świątyni w mieście – Swyambhu. Główne podejście ma 365 schodków, a oczy buddy wyrysowane na pięknej stupie patrzą na cztery strony świata. Wszędzie hasają małpy, całe stada. Niektóre dokazują, inne leniwie wylegują się w słońcu. Przez ten małpi gaj turyści ochrzcili to miejsce „świątynią małp”. Choć Nepalczycy za tym określeniem nie przepadają, to paradoksalnie ma ono pewne uzasadnienie w mitologii związanej z tym miejscem – małpy miały powstać z włosów Budhisattwy Mądrości (Manjushri).

W trakcie jednego z lokalnych rytuałów.

Wzgórze pełne jest kramów, trochę jak w krakowskich Sukiennicach (tak, tak, pisze to krakus). Po powrocie luz, a dla chętnych – wizyta w centrum (Thamel). Kto jeszcze nie złożył – składanie rowerów, pierwsze eksperymenty kulinarne, pakowanie sakw. Następnego dnia rano opuszczamy Katmandu.

Komu w drogę temu sakwa na bagażnik

Wyrabiamy pozwolenia na wjazd do obszaru chronionego Annapurny (ACAP). Szymkowi co jakiś czas odpada z roweru ekwipunek, więc stosuje skomplikowany system mocowania „trytytka na trytytce pod trytytką”. Rower zaczyna przypominać owada z horroru, z całą masą dyndających czułek. Pierwszy dzień rowerowania zakończył się po ponad 83 km burzą w Trisuli Bazaar. Co ciekawe, przez chwilę nieuwagi i chaos Katmandu część grupy jedzie inną trasą. Nikomu się nie chce nawracać i jeszcze raz przedzierać przez miejski zgiełk, więc docieramy do Trisuli w dwóch eskadrach, z różnych stron.

Na alternatywnej trasie – szybszej i łatwiejszej, rzecz jasna.

Trasa alternatywna okazuje się szybsza i łatwiejsza. Droga niby nietrudna, bo to jeszcze niziny, ale trochę się trzeba nakręcić. Czasem droga znika w piachu, a ciężarówki wzniecają piaskowe burze. Sakwy tracą kolory.

Tam, gdzie turyści nie docierają

Dzień drugi daje się nam we znaki. Krajobraz przecinają liście bananowców, gdzieś w gęstwinie słychać małpy, ptaki, owady. Dżungla śpiewa swoim językiem. Wioski mijane po drodze żyją swoim życiem. My się toczymy, i życie wokół toczy się swoim rytmem. Dzieciaki, ubrane w szkolne mundurki, wesoło maszerują do szkoły. Naprawdę wesoło! Ten pozytywny nastrój jest zaraźliwy. Damian zagaduje umundurowaną grupkę i po chwili pada salwa… śmiechu. To dodaje energii.

Dzieciaki, ubrane w szkolne mundurki, wesoło maszerują do szkoły.

Dla równowagi energię zabierają upał i podjazdy, szczególnie ten długi, ciągnący się na szczyt przełęczy, na której leży mała wioska Sumari. Rok temu to był pierwszy punkt, w którym zostawiliśmy pakiet środków medycznych. Targaliśmy je w sakwach, razem ze zgrają pluszaków dla zgrai dzieciaków! W tym roku mamy tutaj dość długi postój, ekipa dociera na raty.

Podczas jednego z przystanków.

Niedaleko za Sumari, po wyboistym zjeździe, po przekroczeniu rzeczki, jest kolejna miejscowość: Bharang Bhurung. Tu w zeszłym roku nocowaliśmy, tutaj też, u miejscowego „medical helper”, zostawiliśmy kolejny medyczny pakiet. Tym razem jedziemy dalej. Część osób podjeżdża, część zabiera się na górę… ciężarówką. Raz czegoś takiego warto spróbować! Potem jazda i podjazdy, trochę podchodzenia, trochę zjazdów i znów podjazdy i szalone zjazdy…

W podobnych okolicznościach przyrody ciężko o inne zachowanie.

Niektórzy pędzą tak, że motyle im się na okularkach rozciapują. A innym ćmy, bo docieramy na miejsce, do Arughat, już po zmroku, w świetle czołówek. 60 trudnych kilometrów. Ale następnego dnia mamy się wozić tylko autobusem. Jeszcze wcześniej, nim wyboje się tak naprawdę zaczęły, nasz ekspedycyjny aparat z wymienną optyką, uszczelniany i w ogóle hiper super duper – odmawia współpracy. Tak całkiem, całkiem. A to nówka sztuka. Maciek ratuje wyprawowe zdjęcia, pożyczając nam na całą trasę własną lustrzankę, nabytą zresztą na Allegro za śmieszne pieniądze. Wot, mechanizacja…

Nepalski lokales w naszym obiektywie.

Co można w Nepalu kupić po drodze właściwie wszędzie? Chipsy i Coca-colę. Herbatniki, soki, wodę. A czego nie można kupić, ale w większości miejsc dostaje się za darmo, w dużych ilościach? Uśmiech. Życzliwość. Otwartość.

Wsiąść do autobusu byle jakiego

Nasz nepalski, terenowy „ogórek” czeka od rana, zapakowany już przez nas pięknie rowerami. Żadnego na dachu, jak kiedyś, wszystkie wchodzą, po kawałeczku, poćwiartowane, do środka. W zeszłym roku rowery umocowane na dachu sprawiły, że autobus był za wysoki. Podczas jazdy pomocnik kierowcy co chwilę wdrapywał się na dach i podciągał drążkiem kable zwisające nad ulicą. Gąszcz kabli. Że też wiedział, które mogą kopnąć… A może nie wiedział?

Sprzęt z pełnym wyposażeniem. Już sam widok zdaje się sugerować, że będzie ciężko…

Gotowi do jazdy, ale nie jedziemy, bo w Arughat… strajk. Wszystko stoi. Zastyga. Wyjechać z miasta nie można. Sklepy zamknięte. Przez główną ulicę przechodzi strajkujący tłumek. My się lenimy w słońcu. W końcu, dość późno już, ruszamy. Kierowca jest mistrzem offroadu, zawstydziłby niejednego amatora terenówek. A autobus zawstydziłby niejedną terenówkę. Prześwit prawie jak w monstertrucku. Tempo niesamowite, skróty tajemne, wyboiście jak zawsze – poprawiamy czas z zeszłego roku o parę godzin i jesteśmy w Besisahar wieczorkiem, o ludzkiej porze. Zatrzymujemy się w hoteliku Gangapurna, prawie na wyjeździe na szlak. Za rogiem pierwszy punkt kontrolny ACAP. Ostatnie szlify, czyścimy i podajemy oleum rowerom, pełna gotowość, pełna mobilizacja, piwo jasne pełne…

ZAPISZ SIĘ NA KOLEJNY WYJAZD MTBacademy DO NEPALU!

Poprzez chmury, do góry

Besisahar leży na wysokości ok. 800 m n.p.m. Finalna przełęcz Thorong La wznosi się na wysokość 5416 m n.p.m. Ponad 600 metrów wyżej niż Mont Blanc. Ponad 4,5 km różnicy poziomów, a przewyższeń na całej trasie lepiej teraz nie liczyć, żeby nie dostać zawrotów głowy. Na zawroty głowy przyjdzie czas. Ale o to chodzi. Wyjść poza strefę komfortu, poczuć Himalaje każdym zmysłem. Do szpiku kości.

Widoki, o jakich na co dzień można tylko pomarzyć.

Ruszamy o poranku. Zaniosło się. O kask mój deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny, dżdżu krople padają i tłuką w mój kask… Nie ma to jak puścić polonistę w Himalaje, Staffa spakuje do sakwy. Jest jesień. Koniec października. Pada. Mokną bananowce. Szeleści deszczem gorąca gęstwina. Jakaś ta jesień mało jesienna. Po drodze odbijamy się w kolejnym punkcie kontrolnym (na trasie jest ich kilka), a chwilę potem docieramy do Khudi.

Ekipa gotowa do boju!

Rok temu wysłuchaliśmy tu nepalskiego hymnu, śpiewanego w szkole przez ponad setkę dzieciaków. Za Khudi wyłaniamy się z gęstwiny, a zza chmur, jak zza teatralnej kurtyny wyłania się Manaslu (8156 m n.p.m.), „Góra Ducha”, na którą jako pierwsi zimą weszli w 1984 r. Polacy, Berbeka i Gajewski. Olbrzymia bryła skał, śniegu, mrozu i… piękna. Wygląda jak osiadła w dolinie kometa. Damian też nie krył zachwytu, pisząc potem: „Nierealny, ogromny, nieziemski… A jednak osiągalny, w zasięgu wzroku… Coś pięknego móc tam być, widzieć, czuć na skórze te emocje, przesiąkać tymi wrażeniami”.

Widok zapierający dech w piersi.

Przebijamy się przez most, potem przez tunel i całkiem dobrą drogą jedziemy wzdłuż rzeki. Po przeprawieniu się na drugi brzeg zapominamy o dobrych drogach. Szlak sunie po zboczu zielonej doliny wypełnionej wstęgą rwącej Marsyandi. Po drodze postój na popas. Jak zawsze, na talerzu lądują pierożki momo, chow mein, dal bhat, zupy… Dal (zupa z soczewicy) i bhat (gotowany ryż), czyli dalbhat, to tradycyjny nepalski posiłek. Podawany na dużych talerzach, z dodatkiem warzyw, zazwyczaj serwowanych w osobnych miseczkach. Specyfiką dalbhata jest dokładka. Tradycyjnie, jak większość nepalskich posiłków, jest to danie wegetariańskie.

Kulinarna regeneracja i można ruszać dalej w drogę.

Duży, mięsożerny ruch turystyczny sprawił jednak, że większość dań posiada wersję mięsną – dalbhat też. Na trasie można zjeść stek z jaka, burgera z mięsem jaka… Natomiast tradycyjną nepalską przekąską z mięsa jaka jest sukuti, suszone i wędzone, a do tego marynowane w chili. Zazwyczaj jest go tyle, co na spodeczku, jako przegryzka. I rzadko (o ile w ogóle) jest w menu, trzeba pytać gospodarza, czy ma. Tu ciekawostka: w Nepalu zabijanie krów jest nielegalne. Krowa to „matka”. Pawan Thapa, nasz znajomy Nepalczyk, tak to wyjaśnia: „Still our kids study: cows are our mothers, cows give us milk, we can make butter, cheese… You can eat buff, but not beef”.

W drodze do wodospadu.

Narnia w Nepalu

Przed Chamche (1385 m n.p.m.) część ekipy zatrzymuje się, żeby krętymi, stromymi schodami dotrzeć do ogromnego wodospadu. Nie ma tu przejścia przez starą szafę, ale i tak można odnieść wrażenie, że wchodzi się do baśniowego świata. Wodospad skrywa się w zielonym, jakby prehistorycznym wąwozie, w którym zatrzymał się czas, ale poruszają, falują na wodnym wietrze ogromne paprocie. Można zejść do samego dna i stojąc na skałach mieć go prawie na wyciągnięcie ręki. Poczuć na twarzy, na całym sobie wilgotny podmuch.

Czy ktoś powątpiewa w piękno tamtejszych stron? Pytanie retoryczne.

Kilka kilometrów za tym magicznym zakątkiem jest… kolejny wodospad. Większy. Rozbija się na lewo, na prawo, zmienia kształt. Brnie się do niego trudną ścieżką przez zarośla, ale kiedy już się przebrnie, stojąc u podnóża tego ruchomego, wodnego posągu, można pozbyć się wszystkich myśli i wypełnić głowę dźwiękiem kipieli. To tak jakby przyłożyć do ucha muszlę, która potężnie szumi.

Komitet powitalny w Chamche.

Docieramy do Chamche, gdzie oblegają nas dzieciaki. Nie masz dzieci? Wjedź do nepalskiej wioski, będziesz mieć kilka. Ubywa nam trochę zabawek z dużego wora z zabawkami, który podróżuje w jednej z sakw – to podarunek od dzieci Beaty: Bruna i Lenki. Nocujemy w uroczym hoteliku. Jest nawet ciepła woda! To już co najmniej jedna gwiazdka. Zajadamy wszelkiej maści ryże, makarony, warzywa, omlety i raczymy się lokalnym, domowym piwem chang, piwem butelkowym (Nepal Ice, Everest), nepalską whisky (np. Signature), nepalskim rumem (np. Khukri), bimberkiem rakshi, i co tam jeszcze się tutaj pędzi – bądź zrywa… Słowem, luzujemy się. Noc się wydłuża, rozciąga… Naprawdę, bardzo się luzujemy.

Jedna z typowych, górskich dróg w Himalajach.

W stronę śnieżnych szczytów

Ruszamy rano. Grupa jest zdyscyplinowana i rano naprawdę znaczy rano. Wiola i Krzysiek dają sobie trochę więcej czasu na rozruch, ale dystans tego dnia nie jest zabójczy, dwadzieścia kilka kilometrów. Nie można tego natomiast powiedzieć o podjazdach. Strome, kamieniste. Malownicze. Czasem droga wije się na skraju przepaści, po skalnych półkach. Czasem po skałach przy drodze wije się wodospad. Albo uwijają się duże jaszczurki.

Docieramy do Timang Besi. Wioska – to za dużo powiedziane, bo są tu właściwie tylko dwie lodże. Warunki spartańskie (to znaczy – nepalskie), większość z nas leży ściśnięta w jednej izdebce. Minus jedna gwiazdka. Zimno. Za to atmosfera – niesamowita. Palimy ognicho, a potem siedzimy w kuchni, koło paleniska, z mieszkańcami, w tym niesamowitą starszą panią, która choć nie mówi, ma do powiedzenia bardzo dużo. Jedzenie pyszne, robione oczywiście na naszych oczach. Pełna integracja.

Widok jak z pocztówki…

Z samego rana – ostry podjazd. A potem Koto i Chame, z którego widać już Annapurnę II (7937 m n.p.m.). To jest ciężki dzień. Ponad 40 km. 1400 metrów przewyższenia. Zmienia się krajobraz, roślinność. Powietrza coraz mniej, i to się coraz bardziej czuje.

Pęka granica 3000 m n.p.m. Mijamy majestatyczne, potężne płyty Oble Dome, wyszlifowane pyłem przez wiatr. W Upper Pisang kręcimy młynkami modlitewnymi, ukrytymi w murkach mani. Dominikowi udaje się to nawet podczas jazdy. Stamtąd widać już także, oprócz Annapurny II, Annapurnę IV (7525 m n.p.m.).

Szeroką doliną suniemy do Manangu. Wszyscy docierają do celu przed zapadnięciem ciemności, ale na twarzach widać zmęczenie. Wysokość też robi swoje: to już 3500 m n.p.m., Manang to ostatnie miasteczko na trasie. Oprócz rękodzieła i czapek z wełny z sierści jaka można tam kupić… niemal wszystko. Plecaki i inne akcesoria, odzież. Jest apteka, są sklepiki z jedzeniem. Dużo restauracyjek. Jest nawet kawiarnia serwująca włoską kawę. Mini-kino (sztuk kilka) ze stałym repertuarem, np. „7 lat w Tybecie” z Bradem Pittem. W kilku miejscach można kupić europejskie z ducha drożdżówki i ciasta. Marchewkowe, brownie…? Proszę bardzo. W sezonie działa też punkt medyczny i organizowane są wykłady na temat choroby wysokościowej.

Odkrywanie Doliny Manangu

Dzień wolny i niezbędna aklimatyzacja. Wiola i Krzysiek, Szymon, Ola, Filip i Jarek decydują się na aklimatyzację level master: ruszamy do Ice Lake (Ngawal Lake). Wcześniej jednak, po drodze, zwiedzamy 500-letnią, buddyjską świątynię w Bradze. Znajduje się tam ponoć (bo kto to zliczy) 108 terakotowych posągów buddy. 108 to bardzo ważna dla buddystów liczba. W naszyjnikach, wykonanych z orzechów rudhraksha, zrywanych z mali wąskolistnej, też jest ich 108. Noszą je Sadhu, hinduscy wędrowni asceci, w buddyzmie są używane do praktyk tantrycznych, w śiwaizmie do odliczania odmawianych mantr… Świątynia w Bradze uległa uszkodzeniu podczas trzęsienia ziemi w 2015 r., ale krok po kroku jest odbudowywana. Sporo się zmieniło od zeszłego roku. Np. powstał nowy murek mani z młynkami modlitewnymi, naprawiono schody, pojawiły się nowe posągi.

Za świątynią zaczyna się szlak do Ice Lake. Trzeba przejść przez część Bragi. Trochę za połową drogi znajduje się tea house. Trafiamy tam na Nepalczyka grającego na gitarze, wypijamy herbatę. Droga do jeziora ma jeszcze, oprócz aklimatyzacyjnej, istotną zaletę – z żadnego miejsca na trasie Annapurna Himal nie prezentuje się tak wspaniale. Tak okazale, w pełnej krasie. Sam trekking jest wymagający – to ponad 1100 metrów w pionie na 8 kilometrach drogi, a wspinamy się na wysokość ponad 4600 m n.p.m. Ciężkie jest także zejście, mięśnie dostają… w kość. Za to widok na drugą stronę doliny, na chmury, które czasami wyglądają tak, jakby pasmo Annapurny było wielkim, wybuchającym właśnie wulkanem… jest tak naprawdę nie do opisania. Trzeba to zobaczyć. Poczuć. Doniosłość tych gór zapiera dech (dosłownie też).

Wieczorem – oczywiście – luzujemy się. Niektórzy idą na degustację tongby, specyficznego napoju z fermentowanego prosa, który pije się na gorąco, z tykw, jak yerba mate – także z dolewką. Procenty szumią w głowie razem z wysokością…

Na rozstaju dróg

Za Mananagiem szlak się rozdziela – i my też się rozdzielamy. Większość ekipy: Ewa i Rafał, Wiola i Krzysiek, Maciek i Maciek, Dominik i Damian, Paweł, Jarek i Filip oraz, rzecz jasna jak śnieg na szczycie Annapurny – Tomasz – rusza, według planu, na przełęcz Thorong La. Szymek i Ola decydują się dołączyć do Łukaszowego rekonesansu drogi do jeziora Tilicho. Bez rowerów.

Ekipa rowerowa dociera spokojnie do Letdar (4200 m n.p.m.). Noc nie jest już tak spokojna. Nie dla wszystkich. Nocowanie na tej wysokości nie jest przyjemnością dla nikogo, ale Wioli daje się we znaki bardziej – rano widać pierwsze oznaki choroby wysokościowej. W takiej sytuacji trzeba zejść niżej, wrócić do Manangu. Razem z Wiolą na powrót ekipy czeka też Krzysiek. Jeśli ktoś pomyśli sobie – co to takiego te 4200 metrów… Otóż, niewiele, albo… o wiele za dużo.

ZAPISZ SIĘ NA KOLEJNY WYJAZD MTBacademy DO NEPALU!

Piotr Hercog, jeden z najlepszych polskich ultramaratończyków, w 2017 r. wystartował w Tenzing Hillary Everest Marathon. Był pierwszy za… 6 Nepalczykami. Pierwszy wśród „reszty świata”. Bieg to ciekawy, start odbywa się na wysokości 5360 m n.p.m. (Everest Base Camp), a trasa biegnie „hopkami”, w dół. Piotr zdradził w jednym z wywiadów, że w drodze na start zmarło dwóch biegaczy górskich. Musieli za szybko „nabrać wysokości”. Musieli zlekceważyć objawy. Gór nie można lekceważyć. Wysokości też nie. My wznosimy się dużo wolniej, ale tutaj nie ma reguł.

Kobieta-lama i zagubiony most

Druga część ekipy rusza najpierw do malutkiego klasztoru-samotni: Praken Gompa. To około 500 metrów nad Manangiem, więc przy okazji jest to kolejny wypad aklimatyzacyjny. Mieszka tam samotnie mniszka, a właściwie lama. Tak, kobieta może zostać lamą.

Częstuje nas herbatą, odprawia też, osobno dla każdego, małą ceremonię pudża – jest ona bardziej związana z hinduizmem, ale praktykowana także przez buddystów. Zresztą, te dwie religie bardzo się w Nepalu przeplatają. Dzielą się sobą. W tym wypadku pudża to rodzaj namaszczenia na dalszą drogę przez góry. Po wizycie schodzimy do Manangu, zabieramy rzeczy i ruszamy rzadko uczęszczaną drogą do Tilicho. Ekscytująca!

Obsypująca się ścieżka o szerokości nieco większej niż jedna stopa, wijąca się po stromym zboczu…? Witamy na trasie. Po jakimś czasie, szlag trafi! – gubi się szlak. Rozmywa w zaroślach, a znika już całkiem nad rzeką. Trzeba się zresztą przez nią przeprawić. Most na mapie jest, a na rzece – nie. Szkoda, że nie na odwrót. Przeprawiamy się, już po ciemku, przez lodowatą wodę i docieramy do naszej miejscówy – Khangsar (3734 m n.p.m.). Tu śpimy w pierwszym z brzegu hoteliku i o świcie ruszamy do Tilicho Base Camp (4200 m n.p.m.).

Ekipa rowerowa rano rusza do innej bazy – Thorong La High Camp (4850 m n.p.m.). Od Thorung Pedi to już nie jazda, tylko podejście. Tak, pod tę górę nie podjedzie nawet Chuck Norris! Rowery prowadzi się z trudem. Jest stromo, grunt pod nogami się miejscami trochę obsypuje. Muły patrzą się obojętnie. Góry stoją niewzruszone. Ale idzie się! Tym bardziej, że większość rzeczy została w Manangu.

Nocleg w High Campie to lekki masochizm, ale świadomość, że cel tak blisko, pozwala lepiej znosić trudy. Szkoda, że nie pomaga łapać powietrza w płuca. Pobudka o poranku i, w pełnym słońcu (i mrozie), mozolny marsz do góry. Na koniec jednak, przed przełęczą – da się trochę jechać, o ile gdzieś tam w płucach jest jeszcze jakiś dech, i w ogóle w człeku – silny duch.

Thorong La! Wreszcie na szczycie. Jedna z wielu himalajskich przełęczy. Dla nas – ta jedyna. Gdyby Kasprowy Wierch wznosił się na wysokość 5416 m n.p.m., trudniej byłoby wejść na Kasprowy. Ale nie wznosi się. Technicznie łatwa trasa do Thorong La z każdą kolejną poziomicą wyżej spłyca oddech, a pogłębia zmęczenie. W pobliżu magicznej granicy 5000 metrów zawroty głowy podczas wysiłku są czymś normalnym.

Czasem nawet nie potrzeba wysiłku, żeby zobaczyć pomroczność jasną. Nie zdobywamy Everestu, ale każdy stara się zdobyć swój własny Everest. Przebyć pewną drogę, przekroczyć granice. Te, które stawia głowa – są najtrudniejsze do pokonania, ale głowa musi też słuchać ciała, żeby wyprawa nie skończyła się tak, jak w przypadku nieszczęsnych górskich biegaczy spod Czomolungmy.

Nie zawsze udaje się dotrzeć do celu. Czasami trzeba zawrócić, bo – jak mówi Rob Hall w Evereście: „Płacicie nam przede wszystkim za bezpieczny powrót z góry”. Tak mawiał, ale sam, w odpowiedniej chwili, nie zawrócił. I nie wrócił. Na Thorong La w ostatnich latach nie ma śniegu, natomiast kilka sezonów temu podczas zamieci śnieżnej zginęło tam kilkanaście osób. Nie szli tam w szpilkach czy sandałach, jak niektórzy chodzą na Giewont. To nie byli turyści, którzy z narażeniem życia zdobywają zimą o zmroku Morskie Oko. A jednak. Góry potrafią być nieprzewidywalne.

Sesja zdjęciowa na przełęczy nigdy nie trwa długo… Jarek wdrapuje się trochę wyżej, na 5503 m n.p.m. Magia liczb. Powrót z Thorong La to karkołomne zjazdy. Ale po co się jedzie na rowerze górskim w Himalaje…? Jeszcze tego samego dnia rowery dokują w Manangu. W dół ta trasa jest zjazdowym El Dorado. Wiszące mosty i ścieżka, która miejscami staje się prawie single trackiem. Ośnieżone pasmo Annapurny na horyzoncie. Wiatr i słońce. Wolność.

Ekipa piesza, opuszczając przed świtem bazę, rankiem dociera nad jezioro Tilicho (4920 m n.p.m.). Punkt widokowy przekracza granicę 5 kilometrów. Trasa do jeziora jest nie mniej malownicza, niż samo jezioro. O poranku skały pasma Tilicho (7134 m n.p.m.) zanurzają się w nieskończoności lustra wody. To miejsce jest magiczne, zastygłe w przestrzeni.

Ola i Szymon tego samego dnia wracają do Manangu, spotykając resztę ekipy. Łukaszowy rekonesans obejmuje też trasę (prawie) wokół jeziora i trwa w sumie, z ponownym noclegiem w Base Campie, do rana następnego dnia – kończąc się także w Manangu. Dróżka wokół jeziora wznosi się i opada, dwa razy dotykając prawie granicy 5400 m n.p.m. (ten drugi raz obejmuje wdrapanie się na szczyt bez nazwy – dla lepszego widoku). Nie da się już jednak Tilicho całkiem obejść – trzęsienie ziemi zawaliło część szlaku.

Z przeciwległej strony, z przełęczy Mesokantu La (5099 m n.p.m.), widać Dhaulagiri (8167 m n.p.m.), górę przystrojoną, jak wyniosła dama, w chmurzysty kapelusz z chmurzystym pióropuszem. Kto zdobył tę damę… zimową porą? Wespół w zespół: Kukuczka i Czok w 1985 r.

Śladami własnego bieżnika

Czas wracać, przejechać na drugą stronę lustra. Kilka osób zjeżdża dżipem do Besisahar, prawie wybijając głowami dziury w dachu. Tak jakby telepie. Momentami chciałoby się teleportować, ale nie raz, nie dwa, bliżej jest do katapultowania się. Kierowca jest terenowym rajdowcem, a jego umiejętności jazdy w tym terenie są niezwykłe.

Część ekipy pokonuje rowerem całą trasę w dół – która, oględnie mówiąc, nie jest tylko drogą w dół – w jeden dzień. Szacun. Reszta zespołu spokojnie dociera do Chamche, a rano do Besisahar. Pakujemy się do autobusu i ruszamy do Katmandu. Wieczorem jesteśmy na miejscu.

Stolica dusz, upał, pył, kurz

Następnego dnia zatapiamy się w zgiełk nepalskiej stolicy, która momentami wygląda jak kraina wiecznej burzy piaskowej, wzbijanej w powietrze spod milionów kół. Wbijamy się w żywą tkankę ulic, placów i… pałaców. Thamel, oprócz tego, że jest turystycznym centrum i nepalskimi Krupówkami, oferuje znacznie więcej niż sklepy z mniej lub bardziej udanymi podróbkami North Face’a i innych Salomonów.

Można tu znaleźć, oprócz tandetnych „świecidełek”, prawdziwe rękodzieło. Barwne dzianiny. Piękne, misternie zdobione mandale. I pyszne jedzenie – np. pierożki momo, podawane w misach z suszonych liści bananowca, słodkie lassi, a nawet nepalskie słodycze mocno doprawione… chili. Można skorzystać z usług golibrody, który zazwyczaj okazuje się świetnym masażystą, kręgarzem i nie wiadomo, kim jeszcze. Może przewodnikiem duchowym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przewodników duchowych na pewno nie brakuje na Durbar Square, wśród świątyń i zabudowań pałacowych. Nie brakuje też zwykłych przewodników – korzystamy z usług jednego z nich. Oprowadza nas po całej starówce. Trafiamy też do małego pałacu, Kumari Ghar, którego dziedziniec – ganek, okna – to snycerskie arcydzieła. Mieszka tu, wybrana niedawno – Kumari Dewi, uznawana za inkarnację bogini Taledźu. To mała dziewczynka, która Żyjącą Boginią staje się w wieku około 4 lat, a pozostaje nią do pierwszej menstruacji, kiedy to bogini opuszcza jej ciało. Zwyczaj to hinduski, ale praktykowany też przez część buddystów, a co najciekawsze, Kumari zawsze wybierana jest spośród kasty śaków, ludu Newarów, który jest… ludem buddyjskim właśnie.

Po godzinie wracamy w to miejsce, żeby być świadkami (ma się to szczęście) pojawienia się w oknie samej bogini. Taledźu chyba na moment ustępuje miejsca duszy dziewczynki, bo ta, jeszcze zanim się pojawia, pochlipuje zza okna.
Wieczorem, tak, tak, znowu się luzujemy. Pakujemy też do kartonów rowery i zakupy, ćwicząc przy okazji różne warianty na wyrażenie swojego zdumienia na lotnisku: „Coooo? Dwa kilo nadwagi? Niemożliwe…!”

Co można zrobić w Katmandu w ostatni dzień, przed długim lotem samolotem? Przelecieć się… samolotem. Część ekipy rusza w lot wokół Everestu. Każdy ma miejsce przy oknie, każdy może na chwilę wejść do kabiny pilotów, a jeden z nich pokazuje, który szczyt to ten najwyższy, najdonioślejszy, naj, naj. Wracamy i szykujemy się do odlotu do Doha, a z Doha do Warszawy.

Najdalsza podróż? Zawsze bliżej, niż się wydaje

Czy było ciężko? Jak podsumował Szymek: „Chciałem dostać w dupę. Wyjazd spełnił moje oczekiwania”. Można i tak do sprawy podejść! Dla Szymka największym wyzwaniem okazała się temperatura na nizinach, na początku ekspedycji. 30 stopni na plusie kontrastuje z widokiem białych szczytów. Kamienie na drodze nasz dzielny napieracz nazywa „głazami narzutowymi”. Fakt, jest „troszkę” wyboiście, ale cel wyprawy jest tego wart. Czy jednak cel jest najważniejszy?

Tako rzecze Damian: „Nie nastawiałem się na przełęcz, tylko na drogę. Tu każdego dnia można coś podziwiać. Manaslu, Gangapurnę…” A dlaczego Himalaje? Znów Damian: „Zawsze chciałem zobaczyć Nepal, już jako dziecko pokazywałem ojcu na mapie, gdzie leżą najwyższe góry świata”. W tych górach zachwycają nie tylko góry, i nie tylko rowery, bo jeszcze… Szymek: „I trekking nad dwa jeziora, i wizyta u lamy. Dech zaparł mi widok na Manang, małe lotnisko i pasmo Annapurny – z drogi nad jezioro, z pięknej perspektywy, nieosiągalnej z dołu.”

Czy ekipa ma dość? Niezupełnie, a może… wręcz przeciwnie. Szymon: „Chciałbym przeżyć jeszcze raz cały wyjazd, szczególnie odcinek Besisahar – Manang, dostać znowu rowerowy łomot. Po to jeżdżę na wakacje”. Niewykluczone, że wkrótce MTBacadamy zabierze właśnie Ciebie na taki „piękny łomot”. Może w Himalaje. A może jeszcze dalej.

 

Tekst i zdjęcia: Łukasz Smogorowski, MTBacademy

Więcej o rowerowych wyjazdach MTBacademy w Himalaje

ZAPISZ SIĘ NA KOLEJNY WYJAZD MTBacademy DO NEPALU!