Dodano: 12 Wrz 2016, Autor: Admin

10 faktów po Val Di Sole

Tegoroczne Mistrzostwa Świata DH to już historia. Chociaż ciężko wymazać z pamięci obrazy walki z piekielnie trudną trasą. A skoro nawet najlepsi zawodnicy na świecie zaliczali bolesne gleby, to bezapelacyjnie włoska miejscówka to zjazdowy mordor.

Jeśli nie oglądaliście wczorajszej transmisji na Red Bull TV (albo nie wytrzymaliście tych ciągłych zwieszeń wizji), to powtórkę zawodów znajdziecie tutaj. No chyba, że szkoda wam czasu. Wtedy kuknijcie w nasze ekspresowe podsumowanie tego, co wczoraj działo się na trasie w Val Di Sole.

p-20150822-00603_news

Trasa w Val Di Sole to prawdziwy zjazdowy mordor. Foto: Bartek Woliński / Red Bull Content Pool

 

10 faktów

  1. Trasa w Val Di Sole… po tych zawodach kolejny raz twierdzimy, że ta trasa, to kwintesencja dh. Wstawiamy ją na piedestał z Hafjell i Vallnord. I czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, jak powinien wyglądać downhill?
  2. Rachel Atherton jest bezkonkurencyjna – pierwsza od początku zawodów do ich końca, pierwsza na każdym splicie. Po średnio udanym sezonie 2015 perełka Atherton Racing znów jest w gazie. Choć przyznajcie sami – to już robi się nudne.
  3. To samo w przypadku młodego Finna Ilesa – chłopak wygrywa wszystko. Ale w jego przypadku to świetna prognoza na wejście do elity (choć to jeszcze nie w przyszłym roku). Jeśli młody Kanadyjczyk utrzyma taką tendencję, to na pewno będą się o niego biły najlepsze teamy na świecie
  4.  W męskiej elicie na podium stanęli zawodnicy, którzy pilotowali Mondrakera Summuma. Czujemy w kościach, że wkrótce słupki sprzedażowe w Mondrakerze poszybują bardzo wysoko. W końcu ten rower sam wygrywa! (huehue).
  5. A propos męskiej elity: Laurie Greenland – trzeba mieć na oku tego młodziana. Niewielki wzrostem, ale olbrzymi talentem i odwagą udowodnił, że młoda fala zjazdowców uderza w stare układy i już wkrótce więcej dinozaurów pojdzie w ślady Steve Peata.
  6. I historia Greenlanda byłaby jak scenariusz filmu motywacyjnego, ale zjawił się Danny Hart, który pędził jak Hart. Ten występ kolejny raz zamknął jadaczki hejterów, którzy twierdzili, że apogeum formy Wyspiarza jest już za nim. Nope, Hart dalej leci piecem i widać, że jego psychika jest ze stali.
  7. Steve – to był jego ostatni wyścig DH. Szkoda, ale wskazówki zegara są nieugięte. Co nie zmienia faktu, ze w pamięci zostaną jego kultowe wyczyny, wygłupy i dręczenie Ratboya. A w kościach czujemy, że to nie koniec jego rowerowej aktywności.
  8. Występ Sławka Łukasika i Wojtka Czermaka nie zachwycił. Ale chłopaki odebrali dobrą lekcję pokory i motywacji do dalszego treningu. Poza tym nie oszukujmy się – większość z nas stojąc na tej trasie miałaby w portkach 5kg strachu.
  9. Zawody w Val Di Sole pokazały, kto podczas startów napina poślady i nie śpi przez tydzień, a kto traktuje to jako dobrą zabawę. Przykłady? Whip Bernarda Kerra na podwójnym dropie, nose manual na ostatnim mostku by Brendog, czy Sucide zaserwowany przez Sick Micka. Lubimy takie akcenty!
  10. Zamach na Gwina – miało być pięknie. Też czuliście ten dreszczyk emocji, kiedy Amerykanin ruszył z bramki startowej? Chwilę później coś dziwnego stało się z jego tylnym kołem. Możliwe, że była to mina typu szyszka-pułapka, bo koło dosłownie rozpadło się na części pierwsze. Co nie zmienia faktu, że lać konkurentów na stockowym rowerze, w dodatku Tuesie, to nie lada wyczyn.
aaron-gwin-fot-bartek-wolinski-red-bull-content-pool

Tym razem Gwin nie miał powodów do radości. Foto: Bartek Woliński / Red Bull Content Pool